|
Archiwum
Zakładki:
![]() |
poniedziałek, 02 marca 2009
Przygotowuję kolejną porcję curriculów i listów intencyjnych, wysyłam je w ciemno, do wszelkich wydawnictw, tradycyjnych i elektronicznych, zaczynając od branżowych, a kończąc na firmach "Krzak". Wysyłam też za morze, skąd przyszła między innymi odpowiedź, że owszem, pracowników potrzebują i nie mierzi ich fakt, że z Polski, mimo że kryzys szaleje, ale moje kompetencje są do pracy (wprowadzanie danych w głupawym - faktycznie - portalu) zbyt wysokie. Poszukiwacze wyruszającego w morze na kutrach rybackich personelu żeńskiego i męskiego na moją aplikację odpowiedzieć nie raczyli wcale, a szkoda, bo guślarki się roboty fizycznej nie boja, żołądek mocny mają, a morze kochają równie mocno i gwałtownie, jak góry. Zwłaszcza jeśli to morze jest oceanem. Aplikacja o posadę gamemastera w World of Warcraft dotarła do Blizzarda za późno (tyż szkoda, bo pograć można by za darmo, jeszcze by za to płacili, a dostarczanie współgraczom wszechstronnego onlajnowego supportu nie wydaje się za to ceną wygórowaną, zwłaszcza że ten support miałabym dostarczać z Cork (z Korka?), a łaskawa fyrma zobowiązała się pomóc w załatwieniu wszystkich niezbędnych kwitów tudzież znalezieniu dachu nad czerepem, siedziska pod zadem i leża pod zewłokiem grą zmordowanym). Cóż, ponoć nie należy siadać na laurach. W istocie nie należy; skórzaste liście wawrzynu mogą być dla dupy mało komfortowe. Zresztą nie o laury tu chodzi, a raczej o niezaprezestawanie wysiłków, co czasem korci, zwłaszcza gdy okazało się, że noża na gardle wciąż jeszcze nie mam. Za to mam dosyć. Efektem rozmowy z Władziem Najnadrzędniejszym, którą grożono mi od dawna, co w pewnej chwili zaczęło równo trącić szantażem, jest konstatacja, że mnie z Fyrmy wylewać nie planują, nawet nie udzielono mi nagany ani upomnienia. Ani inną karą, słowną, pisemną czy finansową nie uraczono. Nie powiem, nieco mnie to zdziwiło, przecież tak bardzo się starałam. Rozmowa oczywiście była manipulowana, i to równo, rzekłabym nawet, że koncertowo. Srebrna do kupy z Derekcją przygotowali się do niej solidnie, kwitami przeciw mnie wyprodukowanymi obłożyli, oczywiście mnie niewiele do gadania pozostawiając. Derekcja mówił coś o jakimś dawnym zaniedbaniu, które jakoby miało z mojej winy doprowadzić do strat finansowych wew Fyrmie, a o którym "przecież sama wiem najlepiej", rzecz w tym, że nie wiem kompletnie nic (i nie wiem wcale nie dlatego, że w tych zapiskach próbuję grać uciśnione niewiniątko, na którego nieposzlakowaną cnotę źli wilcy zewsząd nastają, ale nie wiem faktycznie, mimo że dopadła mnie afazja straszliwa i czasem przypomnienie sobie jakiegoś słowa zajmuje dobry kwadrans, jednak z dziadkiem Alzheimerem żem jeszcze niezaprzyjaźniona). Srebrna z kolei wyciągnęła na światło dzienne czterdziestodniowe czy jakoś tak dysproporcje między terminem otrzymywania przeze mnie ze świętego miasta Breslau materiałów do kolejnych Numerów a czasem przekazywania ich Składowi. Nie wzięła tylko pod uwagę albo radośnie przemilczała fakt, że w chwili otrzymywania Materiałów pracowałam byłam (cały czas równo, bom tylko ludź, co wyżej własnej rzyci skakać nie potrafi) nad dwoma wcześniejszymi Numerami i opóźnienie przez cały rok zmniejszało się sukcesywnie o dzień lub dwa na Numerze, kosztem przesiedzianych w pracy wieczorów i przemordownaych przy domowej maszynce nocek. Gwoli sprawiedliwści muszę przyznać, że jeden z jej zarzutów miał rzeczywiste korzenie - zawaliłam byłam przed dwoma laty zadanie dodatkowe, Fuchę Znikąd, którą mi zlecić raczyła, ale to dlatego, że jednocześnie kupa roboty zwyczajnej była też do zrobienia, jak zwykle z naciskiem na kupę, a i pewne układy prywatne się wówczas raczyły skomplikować. Derekcja nawet stwierdzić raczywszy w ten deseń, "że przecież, kochana MM, nikt wew Fyrmie twoim wrogiem nie jest, i nikt pojąć nie umie, czemu jęłaś wokół siebie nagle wrogów dostrzegać". Manię prześladowczą mi najwyraźniej wobec Władzia Najnadrzędniejszego wmówić usiłując, któraż to mania wśród moich róznorakich paranoi wciąż jeszcze gościć nie raczy. Wszak tylko drobne (hehe, zaiste drobniuśkie) niesprawiedliwości wypunktować śmiałam i o to cała heca powstała - cóż, widać klasa Srebrnej nie pozwala na załatwianie personalnych konfliktów na personalnym gruncie, na całe Biuro je przenosić musi. A dziś znów słodka jest jak dawniej, co mnie - nie ukrywam - mierzi Konkluzją całej gadki było to, że przecież funkcjonowanie redakcji zmieniło się na tyle, że do moich obowiązków należy jedynie korekta. Jedynie korekta. Drobne rozróżnienie między korektą a adjustacją redakcyjną i redakcją jako taką było już zbyt trudne do pojęcia, a moją uwagę o tym, że prace, które dostaję do obrobienia mają jedną albo dwie poprawki, nie zawszwe prawidłowe i zazwyczaj dotyczące tylko umiejscowienia pojedynczych przecinków (na ich przygotowanie Święty Harmonogram z Błogosławionymi Dedlajnami daje mi tydzień) zbyto stwierdzeniem, że przecież "redakcja" (a tak naprawdę "tylko korekta") zależy od osobistego stylu osoby poprawiającej, jej gustu i tego, w jaki sposób sama pisze, "jakieś zasady zapewne istnieją, ale przecież autorzy ich przestrzegają, panie z Breslau mówią, że teksty coraz lepsze przychodzą" (tylko jakoś ja, gupia, tej ich "lepszości" i językowej nad poprzednimi dominacji dostrzec nie umiem, ciekawe że takoż jej dostrzec nie potrafi chwilowo u mnie zamieszkały fachowiec od poprawności i to fachowiec, że ha, na bieżąco w tym tkwiący i wieczorami dzięciolący ćwiczenia na przykładach jakby żywcem wyjętych z tej papki, co ją do obrobienia dostaję). Jasne, przestrzegają autorzy Zasad Wszelakich. Żesz ich mać, przestrzegają jak cholera. Teksty, w których każde zdanie jest zbudowane szykiem przestawnym i zawiera zwyczajowo stosowane, acz pokraczne i błędne frazeologizmy, są na porządku dziennym, w zasadzie nie ma takich, w których tego rodzaju błędy (nie usterki, a błędy właśnie) nie wyskakiwałyby wielokrotnie z każdego akapitu. Abstrahując już od urągającej logice konstrukcji nie tylko pojedynczych zdań, ale i całych materiałów. Za mało widać podła jestem, by wspomnieć o bajzlu nomenklaturowym, za który odpowiadają Jaśnie Naczelne, boć to przecie one tytułami dochtorskimi z dziedziny, której pismo dotyczy zostały ukoronowane. Nie dostrzegają królewny ani żargonu, z którym przecież one właśnie jako siły fachowe walczyć powinny (przecież nie ja, szary "pracownik techniczny" jestem do tego powołana), ani drobiazgów takich, jak niejednolita w tym samym tekście pisownia tego samego terminu. One na przygotowanie materiałów mają miesiąc, ja tydzień. One czytają go przez ten miesiąc raz, ja trzy razy - przy redakcji przed oddaniem do składu, w korekcie (już samo to jest dobrej praktyki zaburzeniem, choć nagminnym - nie powinien ten sam ludź redagować tekstu i korygować go potem) i przy rewizji. Drobne 250-300 stron maszynopisu, mać jego pieska niebieska. Przeczytać to jeszcze by się dało, raz w miesiącu, ale redakcja, korekta i rewizja to dość szczęścia na jedną człowieczycę ułomną, pomijając listy honorariów czy wysyłanie egzemplarzy autorskich. Albo to, żem wew Fyrmie najwyraźniej najmniej odporna na dzwonek telefonu, więc wszyscy klienci do mnie w końcu dryndają, do sekretariatu, Derekcji, Świętej Księgowości czy wydawnictw dostukać się nie mogąc (i kto za to od klientów po siedzeniu bierze - wiadomo). Tak czy siak, miny szanownym Władziom zrzedły, gdy Władź Najnadrzędniejszy, Preziem zwany, stwierdził, że o wylaniu mnie z tyry mowy być nie może, przy czym nie tylko nagany, ale nawet pisemnego upomnienia wystawić mi nie zamierza. Nie łudzę się, jego pojęcie o pracy redakcyjnej jest równie mizerne, jak pojęcie Władź Podrzędnych (po co stanowisko sekretarza redakcji, poszukamy pani MM wew Fyrmie innych zadań, skoro jej zakres obowiązków taki jest nikły) i nie z sympatii do mnie, żuczka szarego ta decyzja wynikała, ale raczej z tego, że Władzie Wszelakie jako pionka w rozgrywce między sobą używać mnie raczą. Tak czy siak noża na gardle nie mam tymczasem, chociaż resztkami dla Świętych Dedlajnów i Harmonogramów Pomniejszych gonię, bokami robić zaczynam pomału, o pianie na twarzyczce już nie wspomniawszy. Bo otóż jak mój tydzień ostatni w Tyrze wyglądał? W poniedziałek wysyłałam egzemplarze autorskie - dzień faktycznie luźniejszy był od innych. We wtorek rewizję Trzeciego Numeru żem otrzymała i wtorek cały i środę jej czytanie i kontrola mi zjadły. We wtorek też trafił w me łapki Numer Czwarty (z trzydniowym opóźnieniem, z Breslau wyszedł dnia, kiedy go dostać miałam - kogo to poza mną obchodzi), aleć przecie Trzeci priorytet wobec niego mieć musiał. W czwartek babskie nieszczęście z mocą koszmarną mnie dopadłszy, toteż po przypełznięciu do Fyrmy o urlop żem jednodniowy na żądanie poprosiła, bo i tak pracować nie byłabym w stanie. Nie dało się i już. Na urlopie przecież pracować nie muszę. Nawet nie powinnam o czym i Władź Najnadrzędniejszy raczył mnie zapewnić. Piątek całym Czwartemu Numerowi poświęciła. A po wizycie u Rodzicielki Osobistej, jakem w sobotę do Numeru Czwartego o godzinie czwartej z wieczora zasiadła, tak z trzygodzinną przerwą (z soboty na niedzielę, między trzecią a szóstą ze świtania) do ósmej rano dnia dzisiejszego nad nim tkwiłam. Boć przecie zakres moich obowiązków taki jest mizerny, nie mam w ogóle nic do roboty, rozszerzyć mi go trzeba absolutnie, bo się po całych dniach obijam, i w tym już głowa Srebrnej z Derekcją pospołu. Uj, jak oni coś wymyślą, to na zasłużony odpoczynek na noszach, z dźwiękiem przenikliwym z Fyrmy wyjadę, zaczynam mieć wrażenie, że niedługo to nastąpi, bo chociaż zdrowa jestem jak koń (tej wersji oficjalnej trzymać się będziemy), nawet zdrowa klacz pociągowa swoją wytrzymałość ma ograniczoną. Ona też wyżej swego zadu brykać nie umie. Władź Najnadrzędniejszy łaskawie zapytać mnie był raczył, co mnie wew Fyrmie boli i spokoju nie daje. Tom mu odrzekła, że choćby i to, że prawo mając do urlopu dziesięć dni roboczych rzędem w ciągu, przez szesnaście lat mojego tu niewolnictwa, raz czy dwa tylko taki miałam, a był moment, że zaległego wolnego mi się osiemdziesiąt dni zebrało. Władź potwierdził, że prawo do urlopu mam, urlop nie po to jest, żeby na nim pracować i zapewnia mnie własnym (hyhyhy) autorytetem, że mam prawo takiego zażądać i wykorzystać go solennie. Ciekawe jak i kiedy. Nie ma ludzi niezastąpionych, a Pismo samo się przecie redaguje... No i jest jak jest, a będzie jak będzie. Wawrzyny w dupę kłują, więc siedzieć na nich nie będę. Spieprzać stąd trza, a kroki w tym kierunku z przerwami, bo z przerwami, ale trwają. Szlag by tylko kryzys trafił, z bezrobociem rosnącym, co się musiał teraz właśnie, cholernik, napatoczyć. Cóż, przężyjemy. Fajdać sobie na łeb więcej nie damy, nikomu. Co i życia prywatnego dotyczy, nawet jeśli ceną miałaby być utrata najpiękniejszej przyjaźni, jaka nam się w zyciu przytrafiwszy. Srał to pies. Ten sam, co szczeka na karawanę, ale zatrzymać jej nie może. I tym optymistycznym akcentem znak życia czytaczom dany, guślarka zakończywszy. Kiedy będzie następny - a ch...olera raczy wiedzieć. Огин черт его знает.
piątek, 30 stycznia 2009
Narozrabiałam, proszę państwa. Instynkt samozachowawczy mi się gdzieś ukrył i narozrabiałam. Jedynym usprawiedliwieniem tego narozrabiania jest fakt, że zostałam do niego sprowokowana zachowaniem Pani Srebrnej, zachowaniem poniżej wszelkiej krytyki. Co się stało? Ano zaczęło się od tego, że Pani Srebrna zadzwoniła do mnie z siedziby współpracującej z nami firmy - składu. I zaczęła od pytania, czy mam już do oddania kolejny numer pisma. Termin oddania go według terminarza upływa w poniedziałek. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że robota nad numerem jest rozgrzebana. A że mój pracowy komputer miał przechodzić dzisiaj format C, nie wzięłam z domu tekstów, skoro i tak pracować nad nimi nie miałabym możliwości. Tym bardziej, że admin raczył poinformować mnie o tym, że dzisiaj formatu robić nie będzie o godzinie jedenastej, a więc o porze, o której byłam w robocie od circa about dwóch godzin. Lekko już podniesionym i nerwowym głosem zapytała, co w takim razie robię. Wciąż jeszcze spokojnie odpowiedziałam, że wysyłam zaległe maile z materiałami redaktorkom do Wrocławia, sprzątam pokój i porządkuję papiery. Srebrna, już bardziej nerwowo, praktycznie drąc paszczę, zwróciła mi uwagę, że nie jest to zajęcie na cały dzień pracy. I że materiały przecież przyszły 10 dni temu, dawno już powinnam je mieć gotowe. Wciąż jeszcze spokojnie wyjaśniłam, że przecież w ciągu tego czasu wykonałam dwie korekty numeru poprzedniego i zrobiłam skorowidz treści za zeszły rok. Srebrna, już nabuzowana, zaczęła na mnie wrzeszczeć, że wystarczy, żeby jej kilka godzin nie było w pracy, a ja już się obijam. I że przecież termin oddania numeru mija w poniedziałek. Nieco już podniesionym głosem odpowiedziałam na to dictum, że przecież termin oddania materiałów jeszcze nie minął, deadline mam na poniedziałek, więc byłabym jej bardzo wdzięczna, gdyby nie wydzierała się na mnie za zawalenie terminu, do którego są jeszcze dwa dni, że materiały do składu trafią w poniedziałek w ciągu dnia pracy, zgodnie z harmonogramem. I wtedy Srebrną poniosło kompletnie. Wciąż znajdując się w siedzibie współpracującej firmy, w towarzystwie ludzi, z którymi współpracuję, zaczęła wrzeszczeć (bo krzyk to mało powiedziane), że ona mnie przeniesie do innego pokoju, w którym wciąż ktoś będzie obok mnie. Odpowiedziałam na to, spokojnie i z uśmiechem, że bardzo proszę, niech tak zrobi - może w końcu ktoś przekona się, ile roboty wymaga porządne przygotowanie numeru i ile czasu ta robota zajmuje. I gdyby na tym się skończyło, wszystko jeszcze rozeszłoby się po kościach. Bo nad tekstami-gniotami siedzę i tak od tygodnia w domu po nocach (na jeden numer składa się obecnie 240 stron standardowego maszynopisu, nie poddanego wcześniej żadnej obróbce reakcyjnej, poza wstawieniem lub usunięciem (nie zawsze prawidłowym) kilku przecinków. I będą gotowe na poniedziałek, mimo moich wyjazdowych planów - w hostelu, który zarezerwowałam są gniazdka elektryczne, gdzie można podpiąć laptopa (kuriozalne byłoby, gdyby ich nie mieli), jest nawet bezprzewodowy internet, więc materiał mogę wysłać nawet stamtąd. Ale gdyby na tym miało się skończyć, życie przecież byłoby zbyt piękne, czyż nie? Zatem to nie był koniec, to zaledwie był początek. Mniej więcej godzinę później Srebrna zawitała wew Fyrmie, nadając na cały regulator, jakim to ja jestem beznadziejnym pracownikiem, jak to ja szukam wymówek, żeby tylko nie pracować i przez cały dzień nic nie robić. I jeszcze, żeby wydzierała się do mnie - ale nie, skąd. Wparowała do świętej księgowości i tam na mój temat bez żadnego skrępowania darła pysk, tak, że piętro wyżej słyszałam wyraźnie każde jej słowo, a koleżanki z księgowości słuchały zamarłe. I tego niestety moim skołatanym ostatnio z różnych względów nerwom, było zbyt wiele. Zbiegłam do świętej księgowości i najpierw powtórzyłam Srebrnej to, co mówiłam jej już przez telefon - żeby raczyła wstrzymać się z karceniem mnie za niedotrzymanie dedlajnu do jego upłynięcia, jeżeli rzeczywiście nie zostanie dotrzymany. I żeby była łaskawa nie robić tego wobec osób trzecich, a zwłaszcza nie podkopywać mojej opinii wobec firmy, z którą współpracuję. Wtedy się zaczęło naprawdę. Usłyszałam, że szukam każdej wymówki, żeby tylko nie pracować. Że przecież pracy mam bardzo niewiele i ona nie rozumie, jak to się dzieje, że nie jestem w stanie z nią się wyrobić (a widział kto miesięcznik zatrudniający jednego stacjonarnego pracownika, który ostatni zakres obowiązków otrzymał dobre osiem lat temu, w warunkach zupełnie innej organizacji redakcji, gdy pracowały w niej na miejscu jeszcze trzy osoby?). I tego już nie wytrzymałam. Podniesionym głosem, w obecności księgowej, powiedziałam Srebrnej, że skoro uważa mnie za tak złego pracownika, i skoro ma do mnie tak wiele zastrzeżeń, proszę, żeby zwolniła mnie dyscyplinarnie z pracy ze skutkiem natychmiastowym. Na chwilę odebrało jej mowę. Gdy ją odzyskała, rozdziamgała się w sposób kompletnie szalony. Że "okaż tu komuś życzliwość i proszę bardzo, jaka wdzięczność" i dalej w ten deseń. Wtedy ja, nakręcona już równie silnie jak ona, odpowiedziałam, że okazanej mi w jakikolwiek sposób życzliwości nie dostrzegłam, i że osoby równie wrednej i fałszywej jak ona dotychczas nie spotkałam. Dodając, że skoro sama bierze pensję za samo tylko przychodzenie do pracy, niekiedy na dwie godziny dziennie, a za każdą mieszczącą się w zakresie jej obowiązków wymierną fizycznie robotę dostaje dodatkowe pieniądze na umowy o dzieło (brane zresztą na nazwisko niedawno zwolnionego - bo też widział i rozumiał za dużo - redaktora technicznego, rencisty, dzięki czemu unika płacenia składki na ZUS), a po ich wykonaniu nagrody, to mogłaby chociaż za wykonywaną robotę płacić warte jej pieniądze. Znów odebrało jej mowę, ale gdy ta powróciła, oczywiście stała się jeszcze głośniejsza i bardziej ostra. Za jaką robotę? Za obijanie się przez cały dzień? Co ja sobie wyobrażam, że kim ja jestem, żeby stawiać jej jakiekolwiek wymagania. Oczywiście, pismo robi się samo, nie omieszkałam tego powiedzieć, i same poprawiają się zarówno językowe, jak i nazewniczo-nomenklaturowo-merytoryczne kiksy (poprawianie tych drugich teoretycznie w ogóle nie powinno do mnie należeć, we Wrocławiu odpowiadają za to dwie osoby z tytułami doktorskimi, ale za puszczenie jakiegokolwiek babola przecież nie one biorą w dupę, a ja - pracownik techniczny - jak raczy o mnie mawiać Srebrna - już tego kilkakrotnie doświadczyłam, zresztą zależy mi na tym, żeby pismo, w którego stopce figuruję jako sekretarz redakcji można było pokazać, było poprawne zarówno pod względem językowym, jak i naukowym właśnie). Dodałam jeszcze, że w dziwny sposób pieniądze w tej firmie znikają, a pojawiają się tylko w zawyżonych wycenach inwentarza, pracownicy wobec firmy od lat lojalni i wypełniający obowiązki o wiele liczniejsze, niż może się to zmieścić w jednym, pełnym etacie, nawet ich nie oglądają. Jej wrzask osiągnął kulminację, nawet nie rozumiałam już tego, co wykrzykiwała Nie wytrzymałam. Wybiegłam ze świętej księgowości, poszłam (a raczej pobiegłam, zamykając za sobą drzwi z głośnym trzaśnięciem) do siebie na górę i spróbowałam ochłonąć. Co mi się nie udało - bo za chwilę zadzwonił telefon. I kto był na drugim końcu kabla? Wiadomo. Zażądała ode mnie napisania wypowiedzenia i złożenia jej na biurku. Odpowiedziałam, że tego zrobić nie zamierzam - powtórzyłam, że proszę o zwolnienie dyscyplinarne, skoro jestem tak złym pracownikiem, z wyszczególnieniem zgodnych z Kodeksem pracy powodów i skutkiem natychmiastowym. Dodając, co było sporym błędem, że mam nagraną inną pracę, a wew Fyrmie pozostaję jedynie dlatego, że nowy pracodawca oczekuje stawienia się do niej natychmiast, nie zamierzając czekać na zakończenie trzymiesięcznego wypowiedzenia. Ona na to powtórzyła, że oczekuje złożenia wymówienia przeze mnie, bo nie życzy sobie, żebym Firmę ciągała po sądach pracy. I wtedy poniosło mnie już kompletnie. Zagroziłam (na szczęście przez telefon, świadków na to nie ma i jak przyjdzie co do czego, wyprę się tego w żywe oczy, robiąc z niej idiotkę) podaniem do publicznej wiadomości przekrętów finansowych i złodziejstwa, które wew Fyrmie ma miejsce. Ona na to stwierdziła, że proszę bardzo, jak sobie życzę, ona będzie kontrolowała dotrzymania wszystkich dedlajnów, za ich niedotrzymanie udzielając upomnień i nagan pisemnych, a gdy zbierze się odpowiednia ich liczba - zwolni mnie dyscyplinarnie. No i zobaczymy. Najwyraźniej przyjęta przeze mnie wcześniej metoda strajku włoskiego - możliwie dokładnego wypełniania nieznanego mi bliżej zakresu moich obowiązków, z mieszczeniem się przy tym w ośmiu godzinach etatowej pracy i bez noszenia papierów do domu okazała się nieskuteczna. Tym bardziej, że o 17 zadzwonił ochroniarz, domagając się opuszczenia przeze mnie budynku, bo takie dyspozycje od Srebrnej dziś otrzymał. Nie ma sprawy, mam wychodzić o 17 - zacznę przychodzić na 6. I niedoczekanie krowy, żeby jakiś niedotrzymany deadline się trafił. Problem w tym, że sama właściwie nie znam zakresu swoich obowiązków. Zwłaszcza tych, które dotyczą spraw innych, niż sama praca z tekstami - a jest ich wiele. Przygotowanie materiału na stronę internetową pisma (spisy treści i streszczenia artykułów) to też moja działka. Przygotowanie list honorariów autorskich, ze ściąganiem danych od ludzi, którzy ich przysłać razem z tekstem nie raczyli - jak się ostatnio okazało - też. Mimo że teksty trafiają do Wrocławia i jeżeli dane któregoś autora nie figurują w Informatorze Nauki Polskiej, to szukaj człowieku wiatru w polu. To Wrocław ma kontakt z autorami. To Wrocław się z nimi porozumiewa. Otrzymując od nich maile i dysponując choćby elektronicznymi adresami. Ale... w takim razie mam pytanie - do czego sprowadza się praca pań naczelnej i wicenaczelnej, poza zebraniem materiałów w kupę, naniesieniem na ich papierową wersję kilku przecinków (ich naniesienie na wersję elektroniczną to już zbyt wiele roboty, a przecież otwierają ją, skoro zaznaczają na niej wyjątki z tekstu, które mają się znaleźć na marginesie)? Nawet zadbanie o to, żeby w jednym tekście została zachowana jednolita pisownia np. konkretnej nazwy chemicznej, albo "odżargonowienie" języka to już zbyt wiele pracy, a przecież, jak mawia Srebrna, "dziewczyny nie są od spraw technicznych, wiec nie proś ich więcej o zdobycie danych autorów, sama masz je zdobywać, to ty tu jesteś pracownikiem technicznym". Niepotrzebnie się uniosłam, to oczywiste. Ale, do cholery, po 16 latach srania mi na łeb i jeszcze wklepywania, coś we mnie stwierdziło, że po prostu dosyć. Koniec. Więcej tak nie będzie, rybka albo pipka, wóz albo przewóz. Dość kulenia się w sobie i pozwalania na wszystko. Szkoda tylko, że to coś tak kompletnie uśpiło mój instynkt samozachowawczy, żeby zamiast mówić wszystko spokojnie, pewne rzeczy wykrzyczałam, również te, o których wspominać nie powinnam. Cóż, zobaczymy, jak się to rozwiąże. Póki co, nie zamierzam dać babie satysfakcji, dedlajnów będę dotrzymywać, choćbym miała nad materiałami siedzieć po całych nocach i spać godzinę dziennie. Napisałam też maila, bardzo uprzejmego, z prośbą o przedstawienie mi do zapoznania się i podpisu zakresu moich obowiązków tudzież o wydawanie mi wszystkich nieobjętych nim poleceń (parszywa klauzula "wypełnianie innych poleceń przełożonych") w formie pisemnej i zachowanie formy pisemnej przy przedstawianiu mi wszystkich uwag i zastrzeżeń związanych z wykonywaniem jednego i drugiego. Mail czeka w skrzynce, postanowiłam go wysłać na spokojnie, w poniedziałek. Przeżyje weekendowy format C, bo poczta wew Fyrmie działa w domenie. I poszly dziś w świat 22 CV-ki, z czego 4 za granicę. Zobaczymy. Tylko nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sprawy dla mnie najważniejsze w jakiś sposób zaczęły wymykać mi się z rąk, toczą się gdzieś obok mnie, a ja nie mam na nie żadnego wpływu. Jakby życie postanowiło mnie utopić. Trzeba mi wiele siły, a zaczynam odczuwać jej wyraźny brak, gonię resztkami. Niechże to cholerne życie w końcu (jak życzyła mi zresztą na urodziny Przyjaciółka, osoba, którą chyba najbardziej cenię i szanuję spośród wszystkich znajomych) odwróci się do mnie nie dupą, a bokiem przynajmniej i zacznie współpracować. Choć odrobinę.
|